Sunday bloody sunday...
A, jeszcze jedna ciekawostka. Co oznacza poniższy znak drogowy:
- uwaga, moherowa dzielnica,
- uwaga na gwałtownie wskakujących na jezdnię staruszków,
- coś innego?
Blog Lopatka, ktory siedzial w szkockim miasteczku Paisley a teraz przebywa w Londku i zapoznaje sie z miejscowa kultura oraz biurokracja miejscowych uniwersytetow i korporacji.
Oj, duzo sie dzialo przez weekend... austriackie drinking games z uzyciem kosci (do gry), potem wielka impreza przy wylaczonych czujnikach przeciwpozarowych, dyskusje o urodzie i inteligencji plci przeciwnej, wstydzie Dunczykow z powodu Wikingow, do tego 'o malo co' bojka dwoch Hindusow (byc moze Pakistanow) o Urocze Polki:)
Zdarzyl sie tez alarm pozarowy poznym niedzielnym wieczorem... musielismy szybko i sprawnie opuscic akademik. Ewakuacja nie byla ani szybka ani sprawna, a szczegolnie zadowoleni z tego alarmu byli ci, co akurat brali prysznic lub ledwo spod niego wyszli. No i okazalo sie, ze nigdzie sie nie palilo, ktos pewnie cos smacznego gotowal...
Ale, ale, nie o tym chcialem. Znalazlem na youtube skecz Robina Williamsa o Szkotach i o tym jak wymyslili gre w golfa. Filmik dla znajacych angielski (elementow szkockiego i tak nikt nie zrozumie:))

Tego sobotniego, mglistego poranka w Paisley wyraźnie było słychać, jak ostre światło słońca przedzierało się przez chmury, jak księżyc z piskiem skręcał za horyzont, a koty, mewy i kruki uparcie tupały o rozmiękłą ziemię… ale nikt nie zwróciłby na to uwagi, gdyby tylko nie kazano nam wstać wczesnym rankiem, wejść do lustrzanego odbicia autobusu (kierownica po prawej, wejście po lewej) i spojrzeć na pozostałych niemrawych towarzyszy niedoli, których poznało się ostatniej nocy…Wszyscy zatopili się w medytacji i kontemplacji każdej, nawet najmniejszej nierówności na drodze do Edynburga…
W autobusie każdy dostał folder/przewodnik po Edynburgu i wolny wybór co do własnej trasy zwiedzania. Poznałem też dwie wyjątkowo żywe (nie były tej nocy na żadnej imprezie), uzależnione od czekolady dziewczęta z krakowskiej AE, które szefują miejscowemu zrzeszeniu międzynarodowych studentów; czyli organizują tanie imprezy, wycieczki dzięki wsparciu majętnego samorządu studentów (o miejscowym samorządzie napiszę innym razem, po poniedziałkowej „Polish Party”).
Dagna i Ania już chwilę siedzą w Szkocji, dlatego tym razem pojechały do Edi zwiedzić dziwne miejsca (Muzeum Dzieciństwa i coś w tym stylu) więc dołączyłem do zapoznanej w nocy fińsko-duńskiej grupki.
Z nimi poczułem się jak prawdziwy japoński turysta – gdy dobrnęliśmy w deszczu i wietrze do jakiegoś ciekawszego miejsca, każdy wyciągał własny aparat i robił zdjęcia sam, bez zwracania uwagi na innych:/ Potem się to z deczka zmieniło, ale niewiele. Mimo wszystko podczas tego dreptania była okazja do poznania się bardziej i wspólnego posiłku w… Makdonaldzie:)
W końcu rozdzieliliśmy się bo Finowie chcieli skoczyć na zakupy, a ja poszedłem z Dunkami (Helena i Mia) do Edynburskich lochów i w dalszą wyprawę dookoła starego miasta.
W lochach było drogo (10₤), ale ciepło, sucho i wesoło. Nie było to zwykłe łażenie po podziemiach, tylko baaardzo interaktywne zwiedzanie w grupie ze Szkotami, z udziałem w jakichś zabawach, opowieściach, pokazie narzędzi tortur, symptomów różnych niemiłych chorób, sądzie ostatecznym i takich sprawach. Nihil by się tu źle czuła:)
Tu też kazali nam krzyczeć „Guu ełeej ja sili fe kaał!” (Go away you silly fat cow!), żeby odgonić jakiegoś ducha:).
No i kolejna ciekawa impreza obcokrajowców. Zorganizowały ją Francuzki w swoim mieszkaniu – w najdalszym zakątku akademika. Zero Szkotów, sami inostrancy z Francji (ale głównie pochodzenia algierskiego i libańskiego), Niemiec, Finlandii, Hiszpanii, Danii, oczywiście Polski, trafili się też pojedynczy Amerykanie, Hindusi i Irlandczycy. Skośnookich nie zauważyłem, chyba nie uznają tego rodzaju zabaw.
Tym razem robiliśmy zdjęcia, ale zostały na aparacie jednej Francuzki (Sonii? Soliny? Solandii?, mam słabą pamięć do imion) i jeszcze nie znalazłem w sobie tyle chęci, by wybrać się do niej po nie:)
Impreza upłynęła wraz z polską śliwowicą, która smakowała wszystkim, nawet niepijącym Hindusom, a wraz z rozcieńczaniem krwi imprezowiczów robiło się weselej, ciaśniej, skoczniej, taneczniej, czyli normalnie:)
Pojawili się goście spoza akademika, jak pewna Ola, która wpadła do Szkocji na wakacje i odwiedzić znajomych. Razem zmuszaliśmy Niemców do udowodnienia, że znają niemiecki, bo popisywali się przed nami i próbowali nas uczyć hiszpańskiego:) inny przepraszał za Hitlera… a jeszcze inny studiuje fizykę fotonów… troszkę dziwni są:)
Za to mniejszość fińska - 3 dziewczyny i 3 facetów jest wporzo; imprezowi, weseli (no, nad ranem byli już bardziej spokojni i cisi, ale może to przez zmęczenie i głośno świecące słońce:)). Tylko jeden (Juho) od nich odstaje - wygląda na klasycznego wokalistę skandynawskiej kapeli brutal-death-metalowej i raczej nie trzyma się z resztą.
Impreza dogasała już około trzeciej, pewnie potrwałaby jeszcze, ale część gości (w tym ja) musiała się choć trochę wyspać przed porannym wyjazdem do Edynburga (o tym będzie w kolejnym poście).
Większość zapoznanych miejscowych Polakow pracuje w Subway’u (czyli robi kanapki na wynos), pizzeriach lub fabrykach pudelek:) i tam pokazują, do czego zdolni są zmotywowani Polacy (czesto na kacu)… a wyjątkowo zdolni są…
Jak sobie zarobia to od czasu do czasu imprezuja w Glasgow. Jak juz znajdę jakąś robotę to pewnie po następnych lokalnych imprezach przejade sie z nimi:) Na co dzien duzo czasu spedzaja niekoniecznie na zajeciach, ale w uczelnianej kafejce internetowej.
Sam tez trafiam coraz czesciej do tej kafejki, ale niekoniecznie w celach rozrywkowych. Na uniwerku istnieje internetowy system komunikacji z wykladowcami Blackboard – taki serwis, gdzie wrzucane sa folie z wykladow, dodatkowe zadania, stare egzaminy, czesto z odpowiedziami, info od wykladowcow (np. zmiany sal, czy cwiczenia sie odbeda itp.). Jest tez oczywiscie czesc, ogolna, informacje od uczelni lub wydzialu. Tak wiec zajec normalnych moze nie ma wiele na tej uczelni (mam ledwo 16h/tydzien), ale trzeba czesto przerabiac to, co jest w sieci wewnetrznej.
Jeszcze co do kafejki. Na poczatku bylem zaskoczony tym, jak porzadny sprzet i to w jakiej ilosci tam wrzucili. Ale okazalo sie, ze to dlatego, ze do niedawna kafejka byla otwarta 24h na dobe 7 dni w tygodniu, az pewnej nocy ktos sprytny podjechal samochodem pod budynek i ukradl sporo komputerow:) Od tego czasu calkowicie wymienili sprzet, a kafejka dziala teraz od poniedzialku do soboty i tylko do 21...
Jutro jade na wycieczke do Edynburga, wiec po weekendzie pewnie trafi sie jakas dluzsza relacja, mam nadzieje nie tylko z wycieczki, ale takze z "social life":)
W koncu przypomnialem sobie, ze przydaloby sie napisac i pokazac warunki w jakich mieszkam. Jak widzicie w temacie posta - nazwa bardzo ladna, ale delikatnie mija sie z rzeczywistoscia - tak, to moj akademik, Studentenheim, общежитие, intrak, casa dello studente:)
Moze te zdjecia wydaja sie troche dziwnie "puste"... W calym akademiku i w moim mieszkaniu na razie niewiele sie dzieje. Z pieciu klitek zaludnione sa trzy. Skosnookiego wspollokatora w ogole nie slychac, raz go tylko widzialem, nie mam pojecia jak on przemyka korytarzem, gotuje itp. A szkockiego poznalem dopiero dzis rano. Tego duzo bardziej slychac ale nie widac - wstaje wczesnie rano, wraca pozno wieczorem, albo nie wraca na noc:)
Jakis kontakt z mieszkancami mozna zlapac tylko w swietlicy, albo w mieszkaniu naprzeciwko, gdzie siedza ziomki z SGH i ponoc inny skosnooki, ktorego oni tez nie zauwazaja na co dzien - taka widac ich natura:)
SGH-owcy mowia ze to wyjatkowo spokojny tydzien, ludzie odpoczywaja po zeszlym:P Sami zreszta teraz tez wieczorami nigdzie nie wychodza, chyba ze do salki tv. Mam nadzieje, ze to chwilowa niemoc i atmosfera tutaj sie poprawi:) No bo ilez mozna siedziec, chocby i w wiekszym gronie, i ogladac wieczorami glupie filmy w tv albo czytac przewodniki po uniwerku i okolicy :/
Beautiful, glorious Scotland, has spoilt me for every other country!
Mary Todd Lincoln (1818 - 1882)
Seeing Scotland (...) is only seeing a worse England.
Samuel Johnson (1709 - 1784)
The "second sight" possessed by the Highlanders in Scotland is actually a foreknowledge of future events. I believe they possess this gift because they don't wear trousers.
G. C. Lichtenberg (1742 - 1799)
You know, Scotland has its own martial arts. Yeah, it's called F-You. It's mostly just head butting and then kicking people when they're on the ground.
"So I Married An Axe Murderer" (1993)