środa, 14 marca 2007
poniedziałek, 12 marca 2007
Trochę inna Szkocja –Scottish Borders
No i wyjechaliśmy, wszystkie 50 osób, na wycieczkę na pogranicze szkocko-angielskie. Wyprawa jak zwykle polegała na dojechaniu w konkretne miejsce, zrobieniu paru zdjęć i z powrotem do autobusu. Co oczywiście nie znaczy, że było nudno i że mieliśmy napięty program jak japońscy turyści. W autobusie zapoznałem Rachel, Hiszpankę, która jak większość jej ziomków przyjechała do Szkocji szlifować angielski. Z angielskim radzi sobie jako tako, ale w polskim jak na początkującego wymiata – widać po niej, że przebywa dużo z Polakami.
Przy pierwszym obiekcie – Melrose Abbey – okazało się, że Szkoci cenią sobie zwiedzanie takich ruin. Niewiele osób pozwoliło sobie na wejście na teren opactwa za 5 funtów… Z zewnątrz zresztą też było ją dobrze widać:) No i jak zwykle w Szkocji pojawila sie tecza...
A podczas spaceru dookoła opactwa dostałem nieoczekiwany i niespodziankowy prezent z okazji Dnia Chłopaka, zresztą jedyny…:)
Potem dotarliśmy do miasteczka Jedburgh, gdzie okazało się, że wybraliśmy zły czas na wycieczkę, bo w Szkocji większość zameczków jest otwarta do zwiedzania od początku kwietnia. Tu także szczątki opactwa wycenili na 5₤, a zamek z więzieniem niestety zamknięty.
A tu zdjęcie naszego kierowcy po naprawie autokaru. W czasie jazdy coś się zerwało w podwoziu, więc w Jedburghu pojechał do jakiegoś serwisu. Naprawa nie była pewnie zbyt kosztowna, co więcej, chyba Polacy maczali ręce w takiej prowizorce:)
Następnie trafiliśmy do Smailholm Tower – wieży widokowej (obronnej?), położonej na pustkowiu,
a potem pod pomnik Williama Wallace’a, zaprojektowany i postawiony przez jakiegos Earla - miłośnika mitologii greckiej, jak widać na załączonym obrazku.
Spod pomnika pojechaliśmy na tzw. Scott’s View, czyli miejsce, z którego Walter Scott spoglądał na piękno Szkockiej krainy, szukał natchnienia do pisania swoich powieści. Te 3 szczyty na zdjęciu to pozostałość mało aktywnego wulkanu. Wulkan, według pewnego opisu, nie wyrzucał lawy, gazów, i bloków skalnych tylko „wyciskał” je, tak jakbyśmy wyciskali nadzienie z pączka:) A w rogu widac jeden z meandrow rzeki Tweed.
Wieczorem, po wycieczce udało mi się zakończyć przygodę z Lost’ami – obejrzałem już jedyne dostępne w Underwoodzie, sześć odcinków trzeciej (obecnej) serii, a wyszło ich ponoć 11:)
W niedzielę nic szczególnego się nie działo, poza tym, że stary Chińczyk w mieszkaniu poczęstował nas (mnie i Radka) chińskimi tiao-dzy, czyli pierogami z nadzieniem wieprzowo-paprykowo-groszkowym. Dobre to było:) To jest ich tradycyjna potrawa, ciasto maja podobne do polskiego, ale ponoć wymyslili ponad sto rodzajów nadzienia, żadne nie przypomina naszych swojskich.
środa, 7 marca 2007
Chinska impreza
Dostawszy się do budynku samorządu dokładnie na godzinę 18, o której wszystko się miało rozpocząć, dowiedzieliśmy się, że wszystko się z deczka opóźni, Chińczycy dopiero zaczynali się przygotowywać i zajadali jakieś take-away’e. O 19 rozpoczęło się od pięknych, ale niezrozumiałych chińskich przywitań, życzeń noworocznych i przemówień, pojawiły się władze uczelni, aż w końcu około dwustu Chińczyków mogło przejść do części artystycznej.
Potem czekało nas jeszcze multum atrakcji. W loterii fantowej nic nie wygraliśmy, a nagrody dość dobre były, sponsorowane przez jakiś chiński bank, pewnie dzięki układom rodziny któregoś z chińskich studentów. Z całości wspomnę tylko chińskiego komedianta,
Były też pokaz tańca, opera, opis dnia zwykłego studenta chińskiego z problemami żołądkowymi,
różne piosenki i pokaz mody – w Chinach również popularne są sweterki typu Kononowicz:)
Uff, ciężki był to wieczór, momentami nudny (nie wszystko było tłumaczone na angielski),
A głębokim wieczorem trafiłem jeszcze na teleexpress, dyskusje o muzyce i pyszną herbatę zaparzaną po hindusku do pewnej Polki :)
poniedziałek, 5 marca 2007
Sunday lunch w Biskupinie
A w niedzielę byłem na lunchu u pewnej szkockiej rodziny, mieszkającej w Bishopton (pol. Biskupin). Ale po kolei. O takiej możliwości dowiedziałem się właśnie od Joli, bo była już na podobnym obiadku. Organizuje to lokalne stowarzyszenie „Friends International coś tam” – zbierają chętnych i głodnych zagranicznych studentów oraz rodzinki, które chciałyby ich ugościć. Jedna babka pośredniczy między nimi i w niedzielne popołudnia pod uniwerek przyjeżdżają rodzinki i odbierają studentów, których im przydzielono. Tak trafiłem z Dżi-Dżi (która tym razem przedstawiała się jako Jolanta) i Samem z Indii do samochodu Davida, a następnie do domu jego rodziny: żony i dwóch córek.
Obiadek był pyszny – podano wegetariańską musake, tłusty, śmietankowy deser z malinami, no i oczywiście muffiny, herbatkę i czekoladki miętowe. Dużo rozmawialiśmy z całą rodziną o różnych rzeczach (przetrzymali nas zresztą dość długo u siebie), pobawiliśmy się z ich 12-tygodniowym sheepdogiem. Okazuje się, ze nie są zbytnio zepsuci konsumpcjonizmem, żyją sobie spokojnie, podróżują, są zadowoleni z tego, że w szkołach dzieci noszą mundurki (ich córkom jakby mniej się to podobało:)).
Na koniec David odwiózł nas pod akademik i nasza wizyta się skończyła, kolejny taki obiad pewnie za dwa tygodnie…
Wieczorem dalej oglądałem „Lost”, pożyczyłem też kolejny niezły duński film od Heleny i byłem na babskich plotach. Na męskich byłem w piątek przed imprezą. Jest pewna różnica między takimi sPLOTKAniami: chłopaki naprawdę plotkują, a dziewczyny zajmują się sprawami małego kalibru, coś jak w skeczu młodego Stuhra: "pamietasz tamta laske w zielonym na tej imprezie 3 lata temu, to ona stala obok innej, ktorej chlopak rzucil tamta, a jej znajomy to zupelnie nie ten, ktory wczoraj sie na mnie krzywo popatrzyl..."
Aha, dowiedzieliśmy się też, co studiował Hindus, który był z nami. Chłopak obronił się na kierunku Alkohol & Drugs :) bo tutaj można studiować to na uniwerku, ciekawe czy mieli zajęcia praktyczne, czy sam zgłębiał temat… a jego magisterka była o narkoterroryzmie.
„Szymek, foto!”
Następnego dnia, gdy wszystkie paislijskie koty i mewy skończyły zawzięcie tupać, paru uczestników imprezy dokonało cudu i wstało wczesnym rankiem przed 12. Następnie sprawdziło pogodę – według Heleny było „kind of warm”, a na nos Joli spadło parę kropel deszczu (zakładam, że to był jej nos, bo najgłośniej krzyczała żeby nigdzie nie iść). I w tych wspaniałych okolicznościach przyrody nieożywionej oraz ambiwalentnym świecie przedstawionym wyruszyliśmy na autorską wyprawę po okolicy: wielce rozmowne Dunki Helena i Mia, dowcipny Niemiec Matthias, piękne, inteligentne, oczytane i kulturalne Polki: Kasia, Ewa oraz Jola, no i skromne „ja” liryczne, od którego wyszła nieśmiała propozycja przechadzki.
Zanim napiszę więcej o naszej wycieczce, wspomnę tylko, że tutaj naprawdę można prowadzić interesujące rozmowy o pogodzie. Jest to zawsze aktualny temat, a tyle się dzieje, że nie sposób nikogo zanudzić żadną opowieścią, co więcej, każdy ma coś ciekawego do powiedzenia. Na ten przykład Jola sądzi, że tutaj deszcz jest bardziej mokry niż w Polsce, a Kasia jest w trakcie łamania kolejnego parasola:)
W czasie tej 4-godzinnej wycieczki mieliśmy się spodziewać „light showers” i tak rzeczywiście było. Poza tym widzieliśmy kilka tęcz – to może wyjaśnić kwestie zamożności Brytyjczyków. Jeżeli danego dnia tęcza pojawia się kilka razy, a na każdym jej końcu leży garnuszek złota, to statystyczny Brytol pewnie parę takich prezentów w ciągu życia znajdzie. A jeśli je w dodatku dobrze zainwestuje…:)
Więc przeszliśmy kilkanaście kilometrów, widzieliśmy ładne parki,

dziwne znaki,
tęcze,

dziwne drzewa,

oraz zdobyliśmy jedno trawiasto-błotniste wzgórze w centrum miasta:)
sobota, 3 marca 2007
Urodziny Dżi-Dżi
Kolejny weekend w Paisley za mną, minął bardzo szybko. Zaczęło się od „siedzącej” imprezy urodzinowej Joli (Dżi-Dżi), pełnej zapoznawania nowych ludzi, unikania niektórych już poznanych, dyskusji o herbacie, o poszukiwaniach dziewczyn, chłopaków i o zagryzionych królikach. Czyli wszystko w normie…
Teraz maly quiz (kwiz?). Co robi Simon na tym zdjeciu:
a) wymija Hiszpana
b) tanczy
c) atakuje :)
d) idzie po piwo
e) idzie zaparzyc herbatke
Do tej pory zapomniałem wrzucić tu zdjęcia naszego ulubionego ciecia, więc teraz naprawiam ten błąd – oto Ronnie (ten w srodku):
A tutaj widzimy Juho – Fina, którego chyba nikt tu nie lubi. Być może to dlatego, że dziwnie mówi po angielsku, być może dlatego, że mówi o dziwnych rzeczach, a może dlatego, że dziwnie wygląda… Mimo wszystko, w imprezach bierze udział, i od czasu do czasu gra z Chińczykami w angielskie Scrabble:)
piątek, 2 marca 2007
Dzis pora na kulinaria.
Pare dni temu udalo mi sie przygotowac sniadanie (na co nie zawsze mam czas), ktore w dodatku bylo pelne szkockich (brytyjskich?) skladnikow.
"Moje wielkie szkockie sniadanie":
tost w pieczonej fasoli w sosie pomidorowym,
jajka, na twardo,
bulka-paluch, ze slodkimi piklami,
herbata (w kubku CeSaRa i z cukrem:))
Mimo wszystko nie wyglada to imponujaco w porownaniu do kolacji, ktora kiedys przyrzadzil chinski wspollokator, czyli gotowanego KRABA, ryzu i jajecznicy z pomidorami.
- Bedziesz gotowal kraba z jajkami?Momentami jest jeszcze weselej:)
- Co?
- Krab, jajka, gotujesz?
- Krab?
- To jest krab.
- Co?
- To jest krab.
- Aaaaa, kraba!
- Jak to sie u was nazywa?
- Co?
- Krab.
- Krab? A, bzdziungbzdziung (cos tam).
- OK
- No wiec gotujesz to z tym?
- Nie, krab tu, to pozniej.
- OK
A ponizej sielankowa scenka rodzajowa: Chinczyk dobiera sie do kraba (nie moze sciagnac z niego skorupy, chyba niedogotowany:)), za nim siedzi Ronnie- Szkot (wskazuje kciukiem skad pochodzi), po prawej widac buty rozluznionego Radka z Katowic.
I zycie spokojnie sobie plynie... AAAA, w niedziele wybieram sie na obiad do jakiejs szkockiej rodzinki!!! Zobaczymy co to za ludzie i co ciekawego zaserwuja:)
czwartek, 1 marca 2007
Patriotyzm lokalny :)
Cos z innej beczki.
Znalazlem na necie filmik prezentujacy postac najbardziej znanego gorlickiego bardza, wirtuoza harmonijki ustnej, geniusza protest-songu, czyli Stefana we wlasnej osobie, ktory nawet w literaturze pieknej sie pojawia (w 'osiem cztery' Nahacza, albo u Stasiuka, juz dobrze nie pamietam...)
Zapraszam na film:
O Szkocji...
Beautiful, glorious Scotland, has spoilt me for every other country!
Mary Todd Lincoln (1818 - 1882)
Seeing Scotland (...) is only seeing a worse England.
Samuel Johnson (1709 - 1784)
The "second sight" possessed by the Highlanders in Scotland is actually a foreknowledge of future events. I believe they possess this gift because they don't wear trousers.
G. C. Lichtenberg (1742 - 1799)
You know, Scotland has its own martial arts. Yeah, it's called F-You. It's mostly just head butting and then kicking people when they're on the ground.
"So I Married An Axe Murderer" (1993)