środa, 11 kwietnia 2007

Gorskie opowiesci

Pare dni temu zaczely sie u nas ferie swiateczne a wiec czas na pisanie prac, huczne swietowanie, imprezy i wycieczki gorskie.

Jeszcze przed feriami udalo mi sie przejsc z Ewa poludniowy paisleyski horyzont, z niezlymi widokami na szkockie Highlandy, spalone samochody w rowach i Polakow narzekajacych na zbyt slaby wiatr w Szkocji (choc inni sie skarza ze im ten wiatr stalowe parasolki potrafil zlamac...).

Wspinalem sie na wieeelkie miejscowe obeliski...


Ktore na innych zdjeciach nie wygladaja juz tak okazale :)

A ponizej widok z horyzontu na drugi horyzont - ten highlandzki, czyli polnocny. Gdzies tam w ten weekend bede maszerowal i jezdzil wynajetym samochodem...



A tu zdjecie pozostalosci jednej ze szkockich zabaw. Resztki dwoch spalonych samochodow, wczesniej pewnie skradzionych, i ostatecznie porzuconych w tym rowie z dala od miasta:

Dobra, ciekawsza relacja z innej ciekawszej wycieczkki zaraz sie pojawi... a z weekendowej dluzszej wyprawy - dopiero w poniedzialek.

wtorek, 10 kwietnia 2007

Swieta, Swieta i po choince...

... ale po kolei. W Wielka Sobote odwiedzila mnie Justyn.ka z niejakim LOVE (nie bylo to ani jej ani moj LOVE, po prostu LOVE:)) i wspolnie zwiedzilismy sobie Glasgow, zrobilismy pare zdjec w brandingowych miejscach i ponarzekaliœmy na wspólczesna szkocka mlodziez.



Czas jakos szybko zlecial i trzeba bylo wrócic do Underwood Paradise (Raj Podlaski) i wziac sie za farbowanie i drapanie jaj. Przygotowalem sobie w kuchni calkiem zgrabny warsztat malarski...

...i nie chwalac sie, musze stwierdzic, tak jak i inni stwierdzili, ze jaja mi sie udaly:)
Wieczorem dziewczyny zajely sie pieczeniem i przygotowywaniem salatek, a tymczasem przycupniety Szymek drapal jajka jedno po drugim,


az wydrapal imiona wszystkich mniej lub bardziej spodziewanych gosci oraz pare elementów ozdobnych.


A potem wzielismy sie za wdychanie swiezego pieprzu nad salatka...

... i poszlismy na grande (na splewy) zeby zdobyc jakies kwiatki i udekorowalismy nieco imprezownie.


Jak widac, klimat przypominal raczej Boze Narodzenie, prawie udalo sie wmówic Dagnie, ze zapomniala przyniesc oplatki :)

W Wielkanoc niektórym (duzej mniejszosci) udalo sie wstac na 8 rano na msze, a wiekszosc raczyla dopiero na sniadanie. Bylo nas duzo wiecej niz na tym zdjeciu:)

jedlismy duzo...
... bawilismy sie jedzeniem...


... i w koncu sniadanie skonczylo sie po 14-ej. Wieczorem miala byc jeszcze kolacja, ale po sniadaniu nikt nie byl zbytnio glodny wiec poprzestalismy na plackach, zubrówce, sliwowicy, Boracie i Grease z Johnem Travolta...

a nastepnego dnia wstalem z samego rana (przed 12) i poszedlem podtrzymywac tradycje lanego poniedzialku... oj, dzialo sie, dzialo, ale o tym wiecej w nastepnym odcinku...

piątek, 6 kwietnia 2007

Jajeczka, chrzaniki, ciasteczka...

Oj, dlugo nie pisalem, bo duzo sie dzialo.


Szybko przelecialy wycieczki do Glasgow - w koncu udalo mi sie przejechac te kilkanascie kilometrow zeby tam trafic, wczesniej jakby czasu brakowalo. Zdjecia zarzuce pewnei po swietach, bo nie mam ich w tym momencie przy sobie.

Przeleciala wycieczka po polowie Paislejskiego horyzontu - w srodowe popoludnie byla super pogoda wiec przebylismy kilkanascie kilometrow po okolicznych pagorkach, na zdjecia z tej wyprawy tez przyjdzie poczekac...

Przelecialy tez juz 2 treningi siatkowki z morderczymi trenerami - Polakowa Ala i Francuskim Fabienem:)

No i przelecialy szkockie imprezy, fire-alarmy w Underwood Paradise (czyli akademiku), wtorkowe wieczorne rozmowy nad herbatka z miedzynarodowymi studentami, nocne rozmowy z Polakami i nie tylko, niedzielne lunche ze szkockimi rodzinami... a resztki czasu wypelnialy zajecia i pisanie prac. Dzis oddalem jedna na 1600 slow, ktorej pisanie szlo mi jak krew z nosa, bo jakos nie zwyklem na SGH takowych popelniac. A kolejna pracka na 1000 slow wlasnie "sie tworzy"...
Dzialo sie takze niejedno pranie, a z tej okazji postanowilem sobie zrobic zdjecie z pralnia i nadrobic brak zdjec na ktorych takze mnie widac:)

A tak wyglada moj pomysl na suszenie prania, z braku normalnej suszarki i sznurkow...


Poza tym atmosfere swiateczna czuc w powietrzu... zbliza sie wolne od szkoly, wiec od razu pogoda sie psuje:) Klimat swiat wielkanocnych na pare tygodni przed poczuli takze Chinczycy w mieszkaniu. Nie mam pojecia, jak to sie obchodzi u nich ale pewnie podobnie, sadzac po ilosci jaj w lodowce:

Naliczylem tego dnia ok 82 jaj (z czego 6 w opakowaniu na drzwiach u gory to moje)...


I z wrodzona wylewnoscia; tylu, a nawet wiecej nasmaczniejszych jajek i innych potraw oraz radosnych i slonecznych (oby tu w Szkocji tez takie byly...) Swiat Wielkanocnych Wszystkim zycze!!!

piątek, 23 marca 2007

Nie ma to jak polskie dziewczyny!

zaprawde, zaprawde powiadam Wam, nie ma to jak polskie dziewczyny:)

Wczoraj mielismy polska kolacje z takiej to okazji, ze do Magdy przyjechaly kolezanki z Polski na pare dni, a jak juz ktos tu przyjezdza na dni pare to zwykle przywozi duuuzo jedzenia/alkoholu/fajek/herbat smakowych :)

I tak milo sie zlozylo, ze Magda umiescila mnie na liscie zaproszonych, przy czym bylem jedynym chlopakiem w gronie gosci ;] Poza mna zjawily sie: Hafsa z Indii, Helena z Danii, Audrey z Francji, Irene z Hiszpanii, jakas Niemka;], no i nasze wspaniale polskie dziewczyny w calej okazalosci: Justyna, Kasia (kurierki z Polski), Dagna, Kasia, Ala, Jola, no i gospodyni - Magda.

Kolacja rozpoczela sie od przystawki - golabko-krokieta. Zakladam, ze ma to jakas nazwe, smak mialo znajomy ale w mojej rodzinie takiego czegos sie nie gotuje - mimo wszystko pyszne bylo:)Jednak najwieksza atrakcja wieczoru byly... ogorki kiszone!!! wprost rewelacja, jaki cudowny mialy smak, i kolor, i wszystko :) Na ogorki rzucili sie wlasciwie tylko Polacy, innym raczej nie przypadly do gustu;]Na stole byla tez kapusta kiszona, pyszna, ale nie az tak jak ogorki:)

Potem dostalismy drugie danie - ziemniaki pieczone i schab ze sliwkami:) A na deser byl tort od Dagny i swiezo pieczony piernik z polewa czekoladowa:)

A po posilkach dziewczyny zajely sie kuchnia, co musialem uwiecznic na zdjeciu:

Powyzej do lewej stoja: Kasia i Justyna (kurierki z Polski), Magda, Szymek, Jola i Ala.

Po zmywaniu, grze w trojkaty i w chinska sztuke pokazywania numerkow (kto zna, to wie o co cho...) zmienilismy lokal na moje mieszkanie, czyli pietro nizej. A jak to jest w meskim mieszkaniu, a szczegolnie naszym - naczynia nie sa zbyt czyste. Wlasciwie nasz system mycia garnkow polega na tym, ze skladamy brudne naczynia na kupke i jak chcemy cos zjesc, to myjemy talerz, ale oczywiscie bierzemy go z gory kupki a nie z dolu. System panuje juz ok miesiaca, co oznacza ze przynajmniej jeden talerz lezal na spodzie kupki tak dlugo. No wlasnie, lezal, bo wizyta dziewczyn bardzo sie przydala. Wspaniala, boska, pelna wspolczucia dla ludzkiej niedoli Jola zlitowala sie nad biednym Simonkiem i jego wspollokatorami i umyla (prawie) wszystkie naczynia:
Az dzis rano sprzatacze sie dziwili:)

A po zmywaniu przeprowadzilismy jeszcze turniej walki na chinskie tasaki :) Nie ma to jak polskie dziewczyny!


środa, 21 marca 2007

Haggis i cala reszta:)

Na poczatek pociagne watek kulinarny :) dzis probowalem Haggis zakupione w formie zapuszkowanej a nie tradycyjnie w kiszce. Odgrzewalem w mikrofali ale mimo wszystko pyszne bylo i na pewno jeszcze pojawi sie w moim jadlospisie (chocby jutro bo nie moglem zjesc wiecej niz pol puszki naraz:)). Wlasciwie to bylo takie dobre ze dopiero po chwili palaszowania przypomnialem sobie ze mialem zrobic zdjecie:


Dodam jeszcze praktyczna uwage, jakby ktos mial probowac tego specjalu: lepszy na pewno bedzie ze swiezymi gotowanymi ziemniakami niz makaronem...

Ech, poza tym to nic sie nie dzieje, weekend byl wyjatkowo deszczowy i sniegowy (w niedziele bylo blisko 0 stopni no wiec i snieg zobaczylismy). Zdecydowanie bardziej wole snieg w Szkocji...

Ale kontynuujac watek kulinarny dodam, ze w niedziele po raz kolejny bylem u szkockiej rodziny na obiadku. Scott i Audrey ugoscili nas (Anie z Polski i Jana z Holandii) w swoim starodawnym domu, a konkretniej w klasycznym salonie przy swietle swiec i z Mozartem w tle... na przystawke dostalismy melona z cynamonem, potem zaserwowano kurczaka po marokansku z ryzem i kuskusem, ale najlepsze dopiero mialo nadejsc!

Na deser, przy zapalonej dyskusji o otylosci w Szkocji, dostalismy tort czekoladowy, a takze 'Trifle', czyli kisiel z owocami, na tym budyn a na tym bita smietane z orzechami i czekolada. Po prostu pycha! A wygladalo to to prawie tak:


Juz sie nie moge doczekac kolejnego niedzielnego obiadku :)

piątek, 16 marca 2007

Brytolskosci ciag dalszy...

Wczoraj spalila mi sie zarowka. Moze to nic szczegolnego, ale po raz kolejny jest okazja pokazac inna strone brytolskosci. Tak wyglada zarowka:

Znaki szczegolne: brak gwintu, sa za to bolce:)

A inny aspekt brytolskosci mialem okazje dzis sprobowac na wlasnej skorze/zoladku: tradycyjne fish 'n' chips!

Nie wzialem tego na wynos tylko sam przygotowalem (no dobra, kupilem wersje do odgrzania na grillu, nie bawilem sie we wlasnoreczne obtaczanie ryby w panierke...). Efekt koncowy porazil wygladem i smakiem, w pozytywnym tego slowa znaczeniu, i byl niezla nagroda za calotygodniowa mordege - wczesne wstawanie itp.


Aha, te przepysznie wygladajaca salatke z pomidorow przygotowalem sam:)

środa, 14 marca 2007

German Party, fire alarms, Tuesday Talks...

Znowu sie dzieje... w poniedzialek byla niemiecka impreza - z poczestunkiem w postaci kawalkow zrazow, jakims salami, no i z solidnymi niemieckimi dziewczynami na parkiecie:) Oficjalna czesc imprezy skonczyla sie rowno o 1 w nocy. Potem ludzie przeniesli sie do naszego akademika i tu odpalili afterparty, a przy okazji wywolali alarm przeciwpozarowy. Wiec o drugiej w nocy wszyscy musieli wyjsc przed akademik i czekac na ekipe strazakow:/
Alarmy zdarzaja sie zazwyczaj rzadko, ale tej nocy czekal nas jeszcze jeden - o 8 (slownie: osmej) rano, a winowajce uwieczniono na zdjeciu:

Ta oto grzanka bardzo nie chciala byc zjedzona przez Ewe i ze swojej wrodzonej perfidii postanowila sie spalic wsrod klebow dymu i wysokich plomieni.
To musialo zirytowac (zeby nie uzyc mocniejszego slowa) nie tylko Ewe, ale wiekszosc mieszkancow akademika, na ten przyklad mnie, bo planowalem wstac dopiero po 10... Zirytowalo pewnie tez strazakow - przyjechala do nas dokladnie ta sama ekipa co w nocy.
Dzien minal jak zwykle, nudne zajecia, ciekawsze laby :) a wieczorkiem wybralismy sie wielka polska druzyna na Tuesday Talk, czyli dyskusje, gry i zabawy z tubylcami o studentami z innych krajow. Tym razem odbywal sie quiz wiedzy ogolnej i znajomosci angielskiego (glownie dziwnych i nikomu nie potrzebnych slow typu: an army of frogs).
Trafilem do druzyny z Royem z Chin i Peace - Angielka nigeryjskiego pochodzenia. Zajelismy 3 miejsce, wiec nie bylo nam dane dostac eleganckich kubkow - skonczylo sie na lizakach.
Ogolnie, dosc dziecinna byla to rozrywka, ale ze spotkania dalo sie cos wyniesc - w moim przypadku zestaw czystych sztuccow (niespotykane w moim mieszkaniu...) i kieliszek na jajko na miekko:) Inni wyniesli sztucce, kieliszki lub lampy. Zeby nie bylo, te rzeczy ktos podrzucil na spotkanie bo sie przeprowadzal i nie byly mu juz wiecej przydatne:)

poniedziałek, 12 marca 2007

Trochę inna Szkocja –Scottish Borders

Sobotni poranek zaczął się bardzo wcześnie, ale miłym akcentem, bo przy śniadaniu w kuchni dostałem od Chińczyka (tego, co gorzej mówi po angielsku) wisiorek do komórki w kształcie dzikiej kapusty, który ma przynosić szczęście. Przynajmniej tyle zrozumiałem, albo tyle chciał ten Chińczyk przekazać…

No i wyjechaliśmy, wszystkie 50 osób, na wycieczkę na pogranicze szkocko-angielskie. Wyprawa jak zwykle polegała na dojechaniu w konkretne miejsce, zrobieniu paru zdjęć i z powrotem do autobusu. Co oczywiście nie znaczy, że było nudno i że mieliśmy napięty program jak japońscy turyści. W autobusie zapoznałem Rachel, Hiszpankę, która jak większość jej ziomków przyjechała do Szkocji szlifować angielski. Z angielskim radzi sobie jako tako, ale w polskim jak na początkującego wymiata – widać po niej, że przebywa dużo z Polakami.
Przy pierwszym obiekcie – Melrose Abbey – okazało się, że Szkoci cenią sobie zwiedzanie takich ruin. Niewiele osób pozwoliło sobie na wejście na teren opactwa za 5 funtów… Z zewnątrz zresztą też było ją dobrze widać:) No i jak zwykle w Szkocji pojawila sie tecza...

A podczas spaceru dookoła opactwa dostałem nieoczekiwany i niespodziankowy prezent z okazji Dnia Chłopaka, zresztą jedyny…:)
Potem dotarliśmy do miasteczka Jedburgh, gdzie okazało się, że wybraliśmy zły czas na wycieczkę, bo w Szkocji większość zameczków jest otwarta do zwiedzania od początku kwietnia. Tu także szczątki opactwa wycenili na 5₤, a zamek z więzieniem niestety zamknięty.



Zwiedziliśmy za to dom Mary, Queen of Scots, czyli 16-wiecznej królowej Szkocji, pretendentki do tronu Anglii, która była wyjątkowo dobra dla ludzi i dlatego została szczególnie zapamiętana, szczegolnie po 3-krotnym scieciu glowy... Pojawił się też kult jej relikwii, a przynajmniej zbieractwo takowych…

Dom jak dom, ale za to ubikacja przednia - schowana w szafie oznaczonej lakonicznym: "Guess what's in the cabinet?"

A tu zdjęcie naszego kierowcy po naprawie autokaru. W czasie jazdy coś się zerwało w podwoziu, więc w Jedburghu pojechał do jakiegoś serwisu. Naprawa nie była pewnie zbyt kosztowna, co więcej, chyba Polacy maczali ręce w takiej prowizorce:)


Następnie trafiliśmy do Smailholm Tower – wieży widokowej (obronnej?), położonej na pustkowiu,

a potem pod pomnik Williama Wallace’a, zaprojektowany i postawiony przez jakiegos Earla - miłośnika mitologii greckiej, jak widać na załączonym obrazku.

Spod pomnika pojechaliśmy na tzw. Scott’s View, czyli miejsce, z którego Walter Scott spoglądał na piękno Szkockiej krainy, szukał natchnienia do pisania swoich powieści. Te 3 szczyty na zdjęciu to pozostałość mało aktywnego wulkanu. Wulkan, według pewnego opisu, nie wyrzucał lawy, gazów, i bloków skalnych tylko „wyciskał” je, tak jakbyśmy wyciskali nadzienie z pączka:) A w rogu widac jeden z meandrow rzeki Tweed.

Wieczorem, po wycieczce udało mi się zakończyć przygodę z Lost’ami – obejrzałem już jedyne dostępne w Underwoodzie, sześć odcinków trzeciej (obecnej) serii, a wyszło ich ponoć 11:)

W niedzielę nic szczególnego się nie działo, poza tym, że stary Chińczyk w mieszkaniu poczęstował nas (mnie i Radka) chińskimi tiao-dzy, czyli pierogami z nadzieniem wieprzowo-paprykowo-groszkowym. Dobre to było:) To jest ich tradycyjna potrawa, ciasto maja podobne do polskiego, ale ponoć wymyslili ponad sto rodzajów nadzienia, żadne nie przypomina naszych swojskich.

O Szkocji...

Beautiful, glorious Scotland, has spoilt me for every other country!
Mary Todd Lincoln (1818 - 1882)

Seeing Scotland (...) is only seeing a worse England.
Samuel Johnson (1709 - 1784)

The "second sight" possessed by the Highlanders in Scotland is actually a foreknowledge of future events. I believe they possess this gift because they don't wear trousers.
G. C. Lichtenberg (1742 - 1799)

You know, Scotland has its own martial arts. Yeah, it's called F-You. It's mostly just head butting and then kicking people when they're on the ground.
"So I Married An Axe Murderer" (1993)